menu

Treść może zawierać wyimaginowane sceny wulgaryzmów lub wydarzenia od osiemnastego roku życia. Proszone jest także nie powtarzanie błędów postaci w realu. KOLEJNA NOTKA: 4.12.15r

menu

Piszę sama to fanfiction, dlatego zastrzegam sobie wszystkie prawa autorskie. Pamiętajcie o komentowaniu, ponieważ nie piszę tego jedynie dla siebie, ale również i dla Was, dlatego chcę widzieć jakieś znaki od moich czytelników!

środa, 27 maja 2015

Rozdział 2

            "Kiedy hormony spokojne, żyje się lepiej"

Koniecznie przeczytaj notatkę pod rozdziałem!

   Samo wspomnienie o dzisiejszej nocy przyprawia mnie o mdłości. Jednakże, dziękowałam w duchu Justinowi, iż usłyszał moje nawoływanie o pomoc i przybiegł w samą porę z tabletkami... chociaż do końca go nie rozumiałam. Przecież równie dobrze mógł mnie zignorować lub tylko podrzucić te proszki. Kolejny raz otarłam się o śmierć, a on mnie uratował. Tak po prostu.
Tylko po co?
Przemek, podpowiedziało sumienie. Racja. Nie ważne czy by mu się chciało czy też nie, musi to robić. Wiedział raczej na co się pisze, przygarniając mnie pod własny dach.
Istniała też możliwość, że nie obchodzi go nic a nic moje życie, tylko mu płacą.
Kto wie do czego może posunąć się mój ojciec...
   W niezbyt cudownym nastroju wyszłam z pokoju robiąc w tym czasie z włosów koński ogon. Mijając łazienkę napatoczyłam się na właściciela domu, odbijając się od niego z taką mocą, że gdyby nie przytrzymało i nie doprowadziło do równowagi jego długie umięśnione ramię, wylądowałabym na zimnej posadzce. Nim zdążyłam się odezwać... Ha! Nim zdążyłam nawet spojrzeć na jego twarz, on wchodził już do o kafelkowanego pomieszczenia za mną.
Przed samym zatrzaśnięciem drzwi, zdążyłam ujrzeć jedynie zarys jego spiętych mięśni pleców z czego wywnioskowałam, iż jest nadal na mnie wściekły.
Trzymanie się na wodzach nie wychodzi mu w zupełności, tym bardziej w mojej obecności.
   Kręcąc głową na boki, zbiegłam po schodach na dół do kuchni i stanęłam jak wryta.
Nie żeby coś, ale przy stole siedziała jakaś czarnowłosa laska, popijająca od tak sobie kawę.
Zasiadłam cicho na krześle obok i spytałam, po chamsku ilustrując jej sylwetkę.
- Co ty tutaj robisz?
Już na pierwszy rzut oka widać wypchany portfel dziewczyny. Cała  w markowych ciuchach i wytapetowana. Bije od niej coś w rodzaju "Tempa dziunia"...
- Czekam - Chropowaty głos jakim mnie obdarzyła, aż przeszywał o ciarki.
- Na kogo? - Palnęłam bez zastanowienia.
Głupia.
- Na mojego robaczka - Odparła z naciskiem na "mojego".
Robaczka? Co za denne zdrobnienie.
- Kim ty - do cholery - jesteś?
- A ty? - Spojrzała w końcu na mnie, biorąc jasnozielony kubek w dłonie.
Błękitne jak morze oczy przeszyły mnie całą w ciągu sekundy. Biła od nich zło wrogość i zdawało by się, że trzaskają w nich pioruny. Brak jakiejkolwiek miękkości.
- Współlokatorką Justina - Mruknęłam gorzko.
Kąciki jej ust powędrowały delikatnie ku górze.
- Jasmine - Podała rękę.
Powstrzymałam się przed kłamstwem.
- Amanda.
Poczułam jak jej chude palce z sekundy na sekundę owijają się coraz mocniej wokół moich, powodując przy tym nadchodzenie bólu.
Spojrzałam na nią znacząco, lecz ta nawet nie myślała o drgnięciu.
- Słuchaj młoda. - Zaczęła warcząc jak nabuzowany pies - To, że udało ci się zamieszkać z Justin'em przede mną, nie oznacza, że jesteś lepsza. On jest mój, jasne? Tylko mnie kocha i tylko ja jestem dla niego przypisana. - Przekręciła głową na bok - Poza tym, urodą nie grzeszysz.
Poczułam jak jasny grom z nieba uderza w ten dom. Czy tą laskę popierdoliło?
- O czym ty do mnie gadasz? Chora jesteś czy co? Idź się leczyć! - Krzyknęłam wyskakują z miejsca i wyrywając dłoń.
- Po prostu cię ostrzegam - Stanęła przede mną, jest niewiele wyższa.
- Uwierz, że nie musisz. Jest cały twój. Nawet go nie lubię. - Wciągając mocniej powietrze, zakasłałam od słodko mdławych perfum Jasmin'e. Boże dziewczyno, są jakieś granice.
- Każda tak mówi, na początku.
Nie wiedząc dlaczego i z jakiego powodu, wypowiedziane te słowa doprowadziły mnie do szaleństwa. Nie dość, że mam zepsuty nastrój, to jeszcze ta "miss piękności", będzie mi mówiła kogo mam lubić i od kogo mam się trzymać z daleka? Może niech jeszcze rozporządzi się moim życiem i zrobi ze mnie swoje pieska będącego na każde jej zawołanie?!
O nie, trafiła na złą osobę.
   Odepchnęła ją od siebie z małą siłą, lecz wystarczającą, by ta zderzyła się z blatem kuchennym. Okulary mające na czubku głowy spadły na ziemię, pękają przy obwódce szkiełka. Jasmine zobaczywszy to, rzuciła się w moją stronę z pięściami. Nie bojąc się bójki, zrobiłam krok w jej stronę, po czym znalazłam się w powietrzu. Nie przez intruza, tylko Justina, który złapał mnie w tali i przeniósł na drugą stronę. Czarnowłosa także tego nie przewidziała i nie zdążywszy zahamować, przeleciała przez kanapę, robiąc przy tym fikołka. Z trudnością zdusiłam głośny śmiech w dłoni.
- Amanda - Zbeształ mnie chłopak, próbując zachować równowagę.
Schowałam się częściowo za nim, nie wytrzymując ze śmiechu.
O. MÓJ. BOŻE, pomyślałam wycierając łzę z kącika oka.
- Zabawne, prawda? - Spytała z ironią, podnosząc się z podłogi.
- Sorry, ale bardzo - Odpowiedziałam już bardziej opanowana.
Spojrzała na Justina przez zaciśnięte powieki.
- No co tak stoisz? Zrób coś z tą małolatą!
- Małolatą? Ja ci dam małolatę! - Skoczyłam ponownie w jej stronę ale i tym razem Jus mnie przytrzymał.
Spojrzał wprost moje oczy, trzymając za ramiona. Czekoladowe tęczówki wywołały w moim ciele spokój i opanowanie.
Kurde jak on to robi?

*Justin pov*

- Co ty tutaj robisz? - Burknąłem do Jasmin.
- No przyjechałam do ciebie. Chciałam ci zrobić niespodziankę. - Złagodniała.
Jezu...już pawie miesiąc jej nie widziałem z czego bardzo się cieszyłem, ale nie! Musiała dać o sobie znać. Zwariuje przez nią. Jak nie to, to ciągłe esemesy i dzwonienie. Gdybym mógł, dawno bym ją udusił.
- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że już razem nie chodzimy? - Blask w jej oczach zbladł.
Am spojrzała na mnie zszokowana. No tak, pewnie myślała, że nadal jesteśmy w związku, po tym jak rozmawiały na ten temat... No częściowo.
Tak, podsłuchiwałem je, ale tylko i wyłącznie z czystej ciekawości.
- Jasmine, proszę cię, wyjdź - Błagam.
- Nie chcesz ze mną nigdzie iść? - Posmutniała.
Przez ciało przemknęła iskierka nadziei, mówiąca, że  w końcu, po tak długim czasie, odpuściła.
- No dobra. To zadzwonię wieczorem. Buzi! - Wyćwierkała na odchodne, mierząc przy tym gorzko zszokowaną Amandę.
Spuściłem głośno powietrze z płuc, jednocześnie przejeżdżając dłonią po włosach, ciągnąc za ich końce.
- Nie pytaj - Uprzedziłem współlokatorkę.
- Nie ma bata, muszę - Uśmiechnęła się szeroko.
Odwdzięczyłem się tym samym, dodając przekręcenie oczami.

~* ~
- No proszę, powiedz! - Naskoczyła na mnie w garażu kilka godzin później. Myślałem, że już mnie nie znajdzie.
- Nie masz jeszcze dość? Miałem nadzieje, że odpuściłaś - Wytarłem ręce brudne od smaru w leżącą nieopodal szmatę.
- Nie - Podskoczyła w miejscu jak pięciolatka.
Ruszyłem do kuchni z trudem ignorując ją całkowicie.
- No Justin! - Wykrzyczała wyskakując z progu prosto na mnie, zawieszając na plecach. Odruchowo złapałem ją za uda, powstrzymując przed upadkiem nas obojga.
Moją sylwetkę zalała fala zaskoczenia. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się po niej takiej reakcji, w stosunku mojej osoby. Widać wyraźnie, że trzyma nas na dystans, przecież sama mówiła pierwszego dnia  , iż mam nie liczyć na jakiekolwiek koleżeństwo. "To że mieszkamy razem, nie oznacza, że mamy zostać best friend forever." - dokładniej. Ale gest ten, to przeciwieństwo wszystkiego.
- Od kiedy to masz do mnie taki stosunek? - Zapytałem z czystej ciekawości, chcąc uzyskać odpowiedź.
- Nie zmieniaj tematu - Wymruczała delikatnie w ucho, dźgając przy tym piętą moje biodro.
Kolejne zaskoczenie, tym razem z morzem ciarek.
Ześlizgnęła się, wbijając specjalnie paznokcie pod zagłębieniem obojczyka.
- Zrobimy tak, ty odpowiesz to i ja to zrobię - Zaproponowałem.
- Koniec tematu - Zaoponowała grobowym tonem.
Aha, koniec z przyjemnością, pomyślałem.
- Niby co takiego powiedziałem?
- Nic szczególnego. - Prychnęła zabierając błękitny bidon z blatu.
- Znów bawimy się w twoje humorki? - Zapytałem sarkastycznie.
- Boże, o co ci chodzi? - Zacisnęła dłonie w piąstki.
- O Ciebie! Jesteś tutaj już drugi dzień, a ja mam już naprawdę dość!
Otwarła usta, po czym znów je zamknęła. Czyżby zabrakło argumentów?
Odkręciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi wyjściowych, machając na boki kucykiem. Dopiero teraz zauważyłem w co jest ubrana. Czarne jednolite legginsy i brązowa bluza z białym wnętrzem kaptura.
- Idziesz na biegi? - Spytałem nim pomyślałem.
- Nie widać? - Nawet nie spojrzała.
- O dziewiętnastej?
- Mówiłam Ci wczoraj, że wychodzę na nie, nie zważając na porę lub pogodę dnia. - Odparła z naciekiem na "wczoraj".
- Nie powinienem puszczać Cię samej. Wiesz o tym.
- Co z tego? - Odburknęła.
Odpuściłem. Coś nie miałem ochoty zobaczyć jej rozwścieczonej do białej gorączki.
- Masz telefon?
- Tak.
- Wzięłaś proszki?
Zawahała się przed odpowiedzią.
- Tak.
- O której wrócisz?
Trzasnęła drzwiami.

*Amanda pov*  

   Jezu, jak on mnie irytuje! O wszystko się czepia. Trzymam nas dystans, aby go nie zranić, źle. Jestem miła, źle. Wiem dokładnie o tym jaki mam zmienny humor, ale niestety nic na to nie poradzę. Jestem jaka jestem. Są osoby które mnie znoszą i są te, które tego nie potrafią. Nic na to nie poradzę jak bardzo wpłynęła na mój stan psychiczny przeszłość.
   Skręciłam w uliczkę ciemnego lasu, zatrzymując się po chwili z dłońmi na kolanach. Od wyjścia minęła równo godzina, a emocje niestety nie opadły. Czułam mrowienie i dzwonienie w uszach po tak dużym wysiłku. Dziwiłam się, że jeszcze nie zwymiotowałam. Usiadłam po turecku na zimnej glebie, oddychając głęboko. Pociągnęła duży łyk napoju, kierując oczy ku niebu.
Jasna cholera! Jest w chuj ciemno!
Szybko wyciągnęłam komórkę z kieszeni bluzy, rozłączając przy tym słuchawki i płynący z nich utwór "Talking Body". Nie minęła godzina, minęły dwie!, a ja naprawdę nie wiedziałam jak wracać. Biegnąc tu, oddałam się całkowicie muzyce i terapii, zwanej w moim przypadku biegami.
  Po otrzepaniu ciuchów z ziemi, liści i chyba kory, instynktownie skierowałam w trasę, którą tu dotarłam, lecz w pół kroku, usłyszałam coś w rodzaju krzyku. Stanęłam jak wryta, a na czole wystąpił zimny pot. Po powtórnym echu, zobaczyłam po prawej, za gąszczem krzaków, słabe, mrugające światło. Ciekawość zawrzała, kierując nogi w jego kierunku, choć rozum mówił stop. Po przedostaniu się przez gęstą i uporczywą roślinność, o dziwo, ujrzałam pozostałości opuszczonego domu. Większa część zastała powalona zapewne przez prawa natury, druga natomiast, tylko draśnięta. W najdalszej części ruin, pozostałości ocalonego pokoju, za złamaną częścią dachu, migało właśnie oto te światło za którym tu przyszłam. Potykając się o własne nogi, pokonałam z trudem kamienie, zbite szkła, wysoką trawę i góry piachu z czasem co najmniej dziesięciu minut. Na czworaka przeczołgałam się między murkiem z cegieł, a zapartym o nim drzewem.
- Ratunku! - Nawoływał ktoś słabym, lecz wystarczająco głośnym głosem, przez co ciężko było mi stwierdzić czy to mężczyzna, czy kobieta.
Uciekaj stąd!, odezwało się sumienie.
Zignorowałam je. Zbyt długo na nim polegałam.
Pisnęłam najwyższą oktawą, gdy ktoś zacisnął palce wokół mojej kostki w lewej nodze, i wtem piwne oczy małego chłopca wręcz błagały o pomoc.
Niewiele myśląc, podniosłam przygniatającą jego ciało szafę z trudem i uwolniłam dolną partię ciała, jedenastoletniego dziecka, patrząc czy nie ma żadnych poważnych szkód i złamań.
Natychmiastowo wtulił się we mnie kurczowo, świecąc przy tym latarką po twarzy.
Kucnęłam przed nim.
- Co ty tutaj robisz? - Zapytałam oczyszczając jego buzię z brudu.
- Zgubiłem się. - Wymruczał ochryple.
Rozejrzałam się. Było jeszcze ciemniej, a powietrze spadło do minimum.
- Choć, wyprowadzę cię stąd - Mówiąc, wzięłam go za lodowatą rękę.
Nagle nad naszymi głowami rozległ się charakterystyczny, przeraźliwy, trzask łamiącego się drewna. Rozpoznając od razu, co zaraz nastąpi, przerzuciłam niedbale malucha przez stertę gruzu i nakazałam uciekać.
   Sama niestety nie zdążyłam i stary pień upadł z głośnym hukiem, miażdżąc kolejne mury opuszczonego miejsca, torując jednocześnie jedyną drogę ucieczki...   

*Justin pov*

Chodziłem nerwowo po mieszkaniu, zjadając własne nerwy. Niebawem wybije dwudziesta trzecia, a współlokatorka jeszcze nie wróciła. Zaczesałam dłonią włosy, ciągnąc za ich końce. Zadzwoniłem do niej chyba raz setny, słysząc pocztę głosową. Wstąpiłem do jej pokoju z nadzieją, iż może jednak wróciła. Nic, pustka. Zdenerwowany zbiegłem po chodach na dół do garażu, zgarniając przelotnie klucze od samochodu.

***
   Jeździłem pół godziny po ciemnych ulicach, zdenerwowany uderzając w skórzaną kierownicę i zerkając co chwila w każde z lusterek. Sięgając po telefon, przyszły mi do głowy słowa Przemka. "Radzę ci ustawić aplikację, w której masz możliwość namierzenia Amandy przez komórkę. Uwierz, może być bardzo pożyteczna". I to jak! Gwałtownie zahamowałem na środku drogi, zapisując numer Am, do ściągniętej wcześniej aplikatury. Po minucie, wiedziałem gdzie jest.
Niespełna dwadzieścia minut drogi stąd! 

   - Amanda! - Krzyczałem przedzierając się przez wysokie i gęste chaszcze.
Nic nie widząc, włączyłem latarkę w telefonie, rozświetlając przestrzeń będącą wokół mnie.
- Amanda! - Powtórzyłem z malejącą nadzieją w głosie.
Miałeś się nią kurwa opiekować! Obiecałeś!, krzyknęło coś wewnątrz mnie.
Kucnąłem, chowając twarz w dłoniach. Powietrze było naprawdę ciężkie i było czuć zbierającą się ulewę.
Przeczesując myśli z każdą możliwą najgorszą opcją, po jakimś czasie, usłyszałem odchrząknięcie, formułujące moje imię.
Jak oparzony stanąłem i ponownie rozświetliłem latarką przestrzeń.
- Justin! Czy to ty? Błagam powiedz, że to ty a nie tata! - Wykrzyczała ochryple moja zguba.
Serce przyśpieszyło.
- Gdzie jesteś?! - Odkrzyknąłem, zdając sobie sprawę, iż nie rozprzestrzenia się tu żadne echo.
- Tam gdzie powalone drzewo! - Znów kaszlnęła.
Powalone drzewo... powalone drzewo... Zacząłem się intensywnie rozglądać, ale w tej pierdolonej ciemnocie nic nie było widać!
- Nie widzę! Możesz dać jakiś znak? Rzucić kamieniem czy coś? - Palnąłem pod wpływem nieznanych emocji.
Do uszu dobiegło głośne szuranie, po czym dostałem kamieniem w tył głowy.
- Cholera - Pogładziłem dłonią bolące miejsce odwracając się o sto osiemdziesiąt stopni.
- Co? Dostałeś?
- Tak.
- To dobrze - Czułem jak się uśmiecha - A teraz wyciągnij mnie stąd!!!
 - Jakoś nie mam już ochoty. - Zaśmiałem się łobuzersko.
Zrobiłem unik,widząc kolejny kamień lecący w moją stronę.
- Nie trafiłaś.
- Jak wypuścisz, obiecuje trafić!
Zaśmiałem się, lecz zacząłem wyrzucać cegły i gruz z zrobionego przez naturę prowizorycznego muru. Kaszlałem i wypluwałem ślinę co jakiś czas z zamiarem pozbycia się osadzającego pyłu.
Po dziesięciu minutach wydrążyłem małą dziurę pod pniem drzewa.
- Musisz przez nią przejść. - Rzekłem już normalnie, wiedząc, że mnie słyszy.
- Gdybym miała sześć lat, pewnie bym przeszła! - Grzmotnęła.
Przekręciłem oczami.
- Chociaż spróbuj. - Mruknęłam.
Nie dość, że pomagam, to ta ma jeszcze wymagania do tego co robię. Wyodrębnienie otworu naprawdę kosztuje jednak trochę siły.
Słysząc kolejne szelesty wraz z cichymi przekleństwami, zobaczyłem w dziurze brązową głowę Amandy, po czym górną część sylwetki.
- Utknęłam - Oświadczyła zawstydzona.
Nic nie mówiąc, wziąłem ją pod pachy z łatwością, bo przecież jest naprawdę chudą kobietą i wyciągnąłem ją za piątym razem, gdy dolny kamień odpuścił i zleciał.
- Jesteś cała? - Zapytałem oświetlając ją latarką, szybko tego żałując. Nie chodziło o rany czy draśnięcia, których wcale nie miała, tylko o idealnie umięśniony brzuch w najdrobniejszym detalu. Z trudnością odwróciłem wzrok - Gdzie masz bluzę?
- Gdzieś tam. - Wskazała kciukiem za siebie - Została porwana, gdy upadłam mdlejąc.
- Zemdlałaś?! - Wystraszyłem się nie na żarty.
- Spokojnie. Bodajże tylko na chwilkę - I dodała szybko widząc, że chce coś powiedzieć - Nie rozmawiajmy o tym, za bardzo boli mnie głowa.
Przymknąłem usta i skierowałem nas w stronę auta. Po drodze miałem wrażenie, że jednak to ona chciała poruszyć temat, lecz twardo trzymała język za zębami.
   Zasądziwszy miejsca w samochodzie, od razu zapaliłem silnik i dodałem gazu, mrużąc oczy dla wyostrzenia obrazu.
- Dziękuje - Cichy głos rozległ się po wnętrzu auta.
- Słucham? - Chciałem powtórnie usłyszeć wypowiedziane przez nią słowo, wiedząc, iż nie może być następnej okazji.
- Dziękuje. Dziękuje za uratowanie mi życia. Znowu... - Wytarła oczy dłońmi, bym ich nie widział.
Uśmiechnąłem się dumnie do samego siebie.
- I z czego się cieszysz? - Spojrzała na mnie tymi zielonymi, aż hipnotyzującymi tęczówkami.
- Z twoich słów - Odparłem nadal zadowolony.
- Obiecuje, że ich więcej nie usłyszysz - Naburmuszyła się.
- Obiecałaś też niespełna pół godziny temu, że mnie zabijesz.  - Przypomniałem.
- Tak, ale nie powiedziałam kiedy.
- Czekam z niecierpliwością - Prychnąłem także pochmurniejąc.
- To czekaj. I tak jestem dla ciebie zbyt miła - Stwierdziła.
- Także zbyt denerwująca - Odpowiedziałem dodając gazu do 110km/h.
- Że co? - Podniosła głos odwracając się całkowicie w moją stronę.
- Co? W końcu ktoś Ci to powiedział?
- Tak, w lekceważący sposób!
- W końcu musiałaś to usłyszeć! Tak jak to, jak jesteś bardzo irytująca! - Odkrzyknąłem ściskając kurczowo dłonie na kierownicy, aż pobielały kłykcie.
Nawet nie zauważyłem jak gwałtownie zmieniła się nasza wymiana zdań.
- Jeśli wkurza Cię to, jaka jestem, to będę sobą jeszcze bardziej! Będę przy tym miała tyle radochy, że twoja opinia nic nie będzie miała znaczenia!
- Och, czyli obchodzi Cię moje zdanie? - Spytałem sarkastycznie unosząc brwi do góry.
- Ja pierdole! Żałuje, że zgodziłam się z tobą zamieszkać! - Zagrzmiała unosząc ręce na wysokość głowy w geście rozdrażniania.
- A ja żałuje, że się na to wszystko pozwoliłem! Jesteś jeszcze większą idiotką niż sądziłem! - Odwdzięczyłem się tym samym, skupiając całą uwagę na Amandzie, jednocześnie wciskając mocniej pedał gazu.
Nie myślałem teraz o mylności moich słów. Potem ogarną mnie wyrzuty sumienia, teraz byłem zajęty czymś innym.
   Nagle przed naszymi oczami rozbłysły dwa duże platynowe światła o niezwykłej sile rażenia i głośny, charakterystyczny dźwięk klaksonu, kilkutonowej ciężarówki, jadącej wprost na nas...

*********************************************************

I mamy drugi rozdział :) Nie jestem z niego szczególnie zadowolona, ponieważ  nie miałam zbytnio pomysłu na opis ostatniej części. Zagubiłam się w niej i tyle.
Przepraszam też za taki długi, ale nie opłacało się go podzielić na dwie części
Notka -> od dziś postaram się publikować rozdziały przynajmniej raz na tydzień!

See you soon :*

KOMENTARZ = MOTYWACJA

4 komentarze

  1. Nie no po prostu za je bis ty! Może trochę za dużo poruszonych wątków, i nieco się nie klei bo co to dziecko robiło o tak późnej porze w lesie? Ale poza tym to całkiem spoko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jest genialny! Rzeczywiście wątek z dzieckiem jak na razie się nie klei (może sprawa wyjaśni się później), więc dziecko wg bym stąd usunęła lub zamieniła na np. psa. Ostatnia scena jest właśnie super. Nie wiem czy uda im się wyminąć tego tira czy jednak zderzą się z nim - mam nadzieję, że to pierwsze. Nie mogę się doczekać rozwinięcia relacji pomiędzy bohaterami, ale mam radę - nie rób nic za szybko, daj im się w pierwszych rozdziałach trochę poprzekomarzać, kłócić, wyzywać itp. Dopiero potem ,,wklej" tutaj wątek miłości. Do następnego xoxo

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne, pusz dalej. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. <3<3

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy tylko mi pasuje ten wątek z dzieckiem?
    Jestem fanką twojego ff i błagam nie kończ go w połowie jak inni którzy piszą blogi! <3
    Kocham :3

    OdpowiedzUsuń