"Krzyk Bezsilności"
Zawsze mówisz że kochasz
Ta jasne. Z tego co wyczytałam na portalach społecznościowych, prawie osiemdziesiąt procent ludzi, nadużywa tych dwóch, i tak już zjebanych słów. Nie ma miłości, ona nie istnieje. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, nie osiemnastym. Prawdę mówiąc, chciałabym się cofnąć w czasie o te tysiące lat i znaleźć się w tych pięknych czasach. Może i byłam trochę staroświecka, ale co z tego? Co z tego, że były głupie wojny i musiałabym chodzić odziana w te głupkowate i niewygodne gorsety. I rozłożystych sukniach na pół metra z wachlarzem przy gębie. Chodziło o to, że miłość tam panująca była prawdziwa, a słowa takie jak kocham, czy wyjdź za mnie, nie oznaczały przelecę cię lub chajtnijmy się bo wpadłam.
Lecz naprawdę nie było nic, co bym mogła zrobić. Nawet majtnąć pieniędzmi jakiemuś... no nie wiem "królowi" i powiedzieć mu "Ej ty! Cofnij mnie do średniowiecza!(?)"
Przecież to było żałosne, nie mniej jak moje życie.
- Wysiadaj skarbie. Już jesteśmy - Niski głos taty rozległ się dynamicznie po drogim wnętrzu auta.
Spojrzał na mnie przez przednie lusterko. Widziałam w nim tylko okrągłe jak piłeczki pingpongowe oczy, koloru ciemnego błękitu.
Posłałam mu uśmiech godny męczennika.Doskonale wiedział, że nie jestem i nigdy nie byłam za tą przeprowadzką, oraz jak bardzo ciążyła na moim sercu.
Z niechęcią chwyciłam za wypolerowaną na błysk srebrną klamkę, wzrok przez krótką chwilę uwiązł na umalowanych czarnym lakierem paznokciach z kryształkiem przyklejonym na środkowy palec.
Biorąc głęboki wdech, wysiadłam ciągnąc za sobą fioletowy plecak Nike.
Zauważywszy, że tato zdążył wyciągnąć już nasze walizki, oparłam się o jedną z nich, czując jak rozsadza mnie od środka. Więc tak to wygląda, pomyślałam. Moje nowe życie. Z dala od Polski, przyjaciół, rodziny, ulubionych miejscówek i potwornego zaułku, w którym wszystko się zaczęło... Stany Zjednoczone, mój nowy dom.
NIGDY NIM NIE BĘDZIESZ! NIGDY! Wykrzyczałam w duchu, czują narastającą gulę w gardle.
Opiekuńcze ramię taty objęło moją sylwetkę, wzdychając głośno z podniecenia.
- No, witamy w nowym świecie.
Przyjrzałam się mu. Śniada cera, wyraziste rysy szczęki, minimalne wory pod oczami, rozczochrane ciemnobrązowe włosy... Wyglądał niemalże tak samo jak sprzed dwóch lat, nim mój koszmar został wdrążony w życie. Wchłaniałam ten obraz z najdrobniejszymi detalami, bojąc się, że już nigdy nie będzie dane mi go zaznać.
- Może nowy dla ciebie - Odparłam zdejmując teatralnie okulary przeciwsłoneczne - Mówiłam ci, że uciekanie od przeszłości...
-... nigdy nie zagoi ran. - Wtrącił kończąc - Wpajasz mi ten tekst już naprawdę długo. Umiem go na pamięć.
- Do tego pnę.
I to by było na tyle. Wiedział, że jestem na niego zła i wiedział, że szybko nie odpuszczę. Potrafiłam wytrwać do końca, być stanowczą i zbyt dorosłą na swój wiek. Jednakże, nie potrafiłam znaleźć złotego środka na ból i tłumić uczucia. Byłam otwartą księgą, zobaczysz wszystko.
Uczuciowa kobieta z twardą skorupą.
Pociągnęłam jedną z dwóch niemożliwie wielkich walizek i ruszyłam ku domowi. Otwarłam drzwi zdziwiona tym, dlaczego nie zostały zamknięte. Nim jeszcze zdążyłam przekroczyć próg, kątem oka luknęłam za cały ten budynek. Biały, dwupiętrowy z oknami wychodzącymi na główną drogę i otwartym garażem obok z czarnym, nie wiem czy drogim autem. Zastanowiłam się, po co nam drugie blaszane coś na kółkach, i jak się okazało, duża, bogato ozdobiona chałupa. Przecież kawalerka by wystarczyła. Niewiele potrzebuję do szczęścia. Ja, tata, mama siedząca w więzieniu i dwójka najlepszych przyjaciół.
Stanęłam na środku wielkiego kwadratu, zagospodarowanego jako salon, jadalnia i kuchnia w jednym. Pomysłowo. Zaczęłam błądzić wzrokiem. Nieopodal mojej lewej znajdowała się mini toaletka, zaraz obok dębowe schody prowadzące na piętro wyżej i przejście do wspomnianego wcześniej garażu. Straszliwie dziwiło mnie to, iż wszystkie szafki kuchenne, salonowe i kto tam jeszcze wie, są zapełnione, elektroniczne sprzęty i zdjęcia w ramkach niewyraźnych z takiej odległości.
- Przemek! Amanda! - Huczny głos Scootera aż przeszył mnie o ciarki.
Nim się obejrzałam, trzydziestoczteroletni mężczyzna ściskał mnie na powitanie, unosząc delikatnie w górę, także czubkami trampek dosięgałam podłogi.
- Cześć - Odparłam z prawdziwym entuzjazmem w głosie.
Lubiłam Brauna. A skąd go znałam? Dzięki tacie, oczywiście. On i Scooter to dobrzy kumple z pracy. Mimo tego, że nie potrafi mówić płynnie po polsku, to i tak dzięki tacie, który miał angielski w małym palcu, tak jak i ja, dogadywali się świetnie. Z tego co mi powiedziano, obydwoje poznali się na jakiejś tam konferencji. Scoot nie był mega wysoki. Krótko ostrzyżone kruczoczarne włosy, jajowata twarz z zarostem, oczy... właśnie. Nigdy nie widziałam koloru jego oczu. Zawsze miał na nosie okulary z przyciemnianymi szkiełkami.
Moją uwagę zwróciła kolejna osoba wchodząca do tego pomieszczenia. Był to niewysoki chłopak, na oko mający osiemnaście lat z jasnobrązowymi włosami i postawioną grzywką na żel. Wyrazistymi o zarazem uroczymi rysami twarzy, a w tym kości policzkowymi i dolnej żuchwy szczęki z małą fabryką czekolady zamkniętą w tęczówkach półokrągłych oczu. Ubrany w biały podkoszulek, ukazujący umięśnione ramiona i bicepsy, oraz minimalną część tatuażu, spranymi spodniami i masywnych, jednolicie czarnych trampkach wyglądał... kurczę, całkiem spoko. Sylwetka młodego mężczyzny działała zniewalająco na płeć przeciwną, lecz nie na mnie. Ja osobiście skończyłam z całą tą zabawą jakieś dwa lata temu, broniąc niewidzialną tarczą.
Postanowienie te miałam zapisane przynajmniej do trzydziestki.
Zamknęłam powieki, czując nagłą ochotę kichnięcia.
I stało się. Schowałam twarz w dłoni.
- Siema. Jestem Justin - Zaśmiał się cicho, lecz nieukrywanie - Bardzo zabawnie kichasz.
Nienawidziłam tego, to tak, jak nadepnąć na piszczałkę.
- Dzięki - Odparłam wesoło - Amanda.
- No to co Amando - Radośnie klasną w dłonie pocierając je o siebie - Gotowa na wspólne mieszkanie?
Poczułam jak gałki oczne wypadają mi z orbit.
Że słucham? My razem? Mieszkać? Chyba ci człowieku brakuje piątej klepki. Przyjechałam tutaj z tatą! Z nim miałam założyć przysłowiowe gniazdko i zacząć wszystko od początku... Jednak... Zaraz... Samochód, umeblowanie, lekki nieporządek, zdjęcia...
- Tato! - Niemalże pisnęłam najwyższą oktawą, odwracając się gwałtownie w jego stronę - Co to ma znaczyć, że mam mieszkać z... - Urwałam nagłą utratą pamięci.
- Justin'em - Dokończył chłopak.
- To ona o niczym nie wie? - Wtrącił Scooter.
Przemek wziął głęboki wdech, widząc jak kurczowo zaciskam dłonie w piąstki. Wiedział, że ma jeszcze bardziej przechlapane z mojej strony. Okłamał mnie kolejny raz!
- My nie będziemy mieszkać razem Amando...
- Tyle to już wiem - Warknęłam.
- Daj mi skończyć. Przeprowadziłem nas tutaj, dla twojego dobra. Wiesz, iż mam mnóstwo pracy na głowie i nie widujemy się zbyt często. Dlatego zamieszkasz z Justin'em - Wskazał na niego brodą, ale nie miałam zamiaru spuścić go z punktu widzenia - Nie chciałem żebyś przebywała znowu sama. Chciałem żebyś złapała kontakt z kimś twojego wieku.
Przeszła przeze mnie gorąca fala złości.
Poczułam jak na buzi robię się czerwona.
- Jeśli chciałeś żebym złapała kontakt z moim rocznikiem lub zbliżonym, to było trzeba nie wyciągać mnie z Polski! - Wrzasnęłam nie zważając na dwuosobową widownię, byłam do nich już po prostu przyzwyczajona - Nawet nie spytałeś mnie o zdanie!
- Nie musiałem pytać, by wiedzieć, że twoja odpowiedź będzie negatywna.
Prawda. I właśnie w ten sposób zdusił wszystkie nasunięte na język argumenty.
Założyłam ręce na piersi.
- Nie będę ci nic tłumaczył. Powiem w prost. Od dziś mieszkasz z Justin'em. Ja i Scoter będziemy was co jakiś czas odwiedzać, w miarę możliwości. I nawet nie próbuj strzelać fochów moja panno, bo to na nikogo nie działa.
Obleciałam go wilkiem, po czym przeniosłam wzrok na młodego właściciela tego domu. Miałam wielką ochotę rzucić w niego nieopodal leżącą poduszką, tym bardziej wiedząc, że on tu nic nie zawinił...
Dwadzieścia minut, tuż po małej sprzeczce między mną a tatą, nastąpił czas na pożegnania. Pierwszy wyszedł Braun, życząc szczęścia na nowej drodze. Boże, brzmiało to tak, jakbym miała nie lada chwila wyjść za mąż i zacząć miesiąc miodowy. Ta, chciałoby się. Jeszcze nie w tym wieku.
Ciężka zasłona powietrza niespodziewanie ułatwiała trzeźwe myślenie. Ogarnęła mnie wielka ochota przyłożenia pięścią w ścianę. Wyprowadziłam się z swojego ojczystego kraju, tylko po to, żeby na drugim końcu świata zamieszkać z byle jakim chłopakiem, o rok starszym, wmawiając, że to wszystko jest dla mojego dobra? Jakbyśmy nie mogli przeprowadzić się do innego miasta lub z koniecznością do państwa które należy do Europy. No nie wiem... Wielka Brytania, Irlandia, Ukraina, Włochy...
Czy one należą do naszych kręgów?
Mniejsza.
Zeszłam po schodach trzymając się zimnej, metalowej barierki, tupiąc przy tym głośno butami.
- Tutaj są jej tabletki. Amanda ma anemię. Przypilnuj żeby zażywała je co najmniej dwa razy dziennie. Najlepiej rano i wieczorem - Po wypowiedzeniu tych słów, Przemek wcisnął w dłoń Justin'a biało-czerwone, prostokątne pudełko z zawartością trzydziestu tabletek.
- Mogłam sama mu powiedzieć - Rzekłam stając przed nimi w niedbałej pozie.
Tato posłał mi spojrzenie mówiące "Nie zrobiłabyś tego".
Może i ma racje, ale no postawcie się w mojej sytuacji. Odnosilibyście się do obcego człowieka z swoją chorobą, którą dorobiliście się przez własną głupotę?
- A co może się stać kiedy ich nie zażyje? - Spytał właśnie nieznajomy chłopak, specjalnie unikając mojego wzroku.
- Umrę - Odparłam niby to obojętnie.
Zdziwiony odpowiedzią, skłonił się na kilkusekundowy obraz mojej osoby, podnosząc przy tym brwi do góry. Zaśmiałam się lekko w duchu. Wyglądał jak duży elf.
- Nie pozwól żeby ich także przedawkowała. Jest zdolna do ich nadużycia...
- Tato - Urwałam mu wpół, zawstydzona.
W końcu drzwi frontowe domu zostały zamknięte, zostawiając mnie samą z chłopakiem. Nie wiem co inni sobie myśleli, ale nie zamierzam z nim nawiązywać przyjaźni. Za żadne skarby. Nie po to oddaliłam od siebie wszystkich, by zacząć od początku. Znalazłam się na dnie i nie miałam zamiaru wydostać się z jej otchłani.
Będąc w kuchni, złapałam za pierwszą wybraną szafkę i otwarłam ją zbyt mocnym ruchem. Byłam straszliwie głodna, a żołądek co jakiś czas fikał kozła. Od latu samolotem nie jadłam nic, poza paczką precelków. Rozczarowana, przeczesałam wzrokiem po pustych półkach kilka razy, mając nadzieje, że zaraz coś wyskoczy, nawet żywego.
- Nie zdążyłem zajechać do sklepu przed twoim przyjazdem - Oświadczył Justin z telefonem w lewym ręku.
Czyżby leworęczny? Zazdro, pomyślałam zaglądając do lodówki. Także pustki.
- Zauważyłam - Odparłam okręcając się do niego przodem, jednocześnie podpierając o wyszlifowany blat.
- Jak chcesz, to możemy zaraz pojechać do sklepu i tam...
- Właśnie - Przypomniał mi - Jeśli mamy razem mieszkać, musimy ustalić parę spraw.
Uśmiechnął się pod nosem, zasiadając na obitym czarną skórą krześle i chowając dłonie do kieszeń, pozwalając kciukom swobodnie wystawać.
- Okej. Słucham.
- Jak każda kobieta, potrzebuje prywatności - Zaczęłam wyliczać nieświadomie na palcach - Często siedzę sama, nie odzywając się, więc proszę, nie próbuj na przymus zaczynać rozmowy. Uwielbiam jeść i tutaj mam duży wzgląd na pełną lodówkę - Zaśmiał się - Nie zdziw się jak w środku nocy nie zastaniesz mnie w łóżku. Często chodzę na biegi, niezależnie od pory czy pogody...
- Coś jeszcze? - Najwyraźniej bawił go mój wykład.
- Tak - Wyprostowałam się - Nie myśl nawet o zawarciu jakiegokolwiek koleżeństwa, ponieważ nie szukam przyjaciół. To, że mieszkamy nie oznacza, że mamy zostać best friend forever.
Nie dając mu wtrącić ani słowa, pobiegłam na górę do pokoju.
Wiem, może jak na początek zaczęłam pokazywać się z niemiłej strony, ale to wszystko było wyłącznie dla jego dobra.
U niego raczej było jeszcze co ratować. U mnie, wręcz przeciwnie.
~*~
Przekręciłam się na plecy, czując narastający ból w klatce piersiowej. Silnie odetchnęłam powietrzem z pięć razy, po czym cicho wypuściłam je przez usta. Swoją lodowatą rękę położyłam w okolicach serca, by uściślić obolałe miejsce.
Nagle podniosłam się z impetem, mają szeroko otwarte powieki. Nie mogłam oddychać! Kurczowo złapałam za gardło, niepotrzebnie wbijając w nie paznokcie. Czułam jak próbuje złapać oddech, lecz nie czułam jego dopływu. Zaczęłam niemile się krztusić i kręcić na pościeli. Wszystkie mięśnie napięły się jak na gitarze, zesztywniałam. Wzniosłam głowę ku górze, tłumiąc napływające łzy do oczu. Spróbowałam wykrzyczeć, czy raczej wymamrotać imię Justina lub zwykłe słowo pomocy, ale ugrzęzły one w gardle. W myślach przestudiowałam miejsce położenia tabletek, NIE PAMIĘTAŁAM GDZIE SĄ!
W końcu, po niecałej męczącej minucie udało mi się wydobyć strun głosowych standardowe "Aaaa!" i spowrotem opadłam na łóżko, kuląc się w kulkę. Zaczęłam się dusić, a przed oczyma zatańczyły czarne kropki...
*Justin pov*
Słysząc przeraźliwy krzyk przez sen, obudziłem się od razu. Z początku myślałem, że to któreś dziecko od strony sąsiadów, lecz gdy uświadomiłem sobie, że to Amanda, zerwałem się na równe nogi, zabierając po drodze z szafki nocnej pudełko tabletek. Przemek ostrzegał mnie, iż może zajść do takiej sytuacji, ale nie spodziewałem się, że aż tak szybko. Przebiegłem sprintem przez krótki korytarz na przeciwległy koniec i zatrzymałem na drzwiach. Szarpnąłem za nie raz, drugi, orientując z opóźnieniem, o ich zamknięciu. Przystawiłem ucho do drewna, próbują uspokoić własne bicie serca.
Słyszałem jak się dusi, łkając w między czasie.
Wróciłem do własnego pokoju i z rozmachem otwarłem jedną z szuflad biurka, wyciągając zapasowy srebrny klucz. Biegając tak w tą i spowrotem, nieomal zaliczyłem dwa razy wywrotkę, lecz nie teraz to mnie interesowało. Wsadziłem metal w zamek i po sekundzie rozległ się charakterystyczny dźwięk otwarcia. Ogarnąłem wzrokiem pokój. Sylwetka Amandy siedziała oparta o ścianę pod otwartym oknem. W świetle księżyca widziałem łzy na jej poczerwieniałej twarzy, spuchnięte powieki i jasnoróżowe ślady zadrapań na gardle. Padłem przed nią na kolana, wyciągając w między czasie dwie kapsułki z opakowania. Wręczyłem je do trzęsącej się dłoni, a ta od razu powędrowała w kierunku ust.
Połknęła tabletki bez popijania ich.
- Schowaj głowę między kolana - Rozkazałem łagodnie, pomagając.
Bez żadnego zbędnego odruchu, zrobiła to.
Położyłem swoją rękę na jej plecach, czując jak stopniowo uspokaja się, a oddech wraca do normy. Nigdy nie znalazłem się w takiej sytuacji i nie wiedziałem do końca jak pomóc, lecz zrobiłem wszystko, co mogłem.
Po dłuższej ciszy spojrzała wprost moje oczy. Nigdy nie widziałem tak przeszklonych.
- Twoja pomoc była tu bezużyteczna - Wymamrotała przez zaciśnięte zęby. Nadal próbowała zapanować nad płaczem.
Wkurzyłem się. Zdechłabyś, gdyby nie ja, pomyślałem rozdrażniony.
- Na ten temat mam inne zdanie - Odparłem na wodzach.
Bez słowa pytania, pomogłem jej wstać i zbyt brutalnie skierowałem do łóżka. Usiadła na jego środku z podkulonymi lekko nogami i rękami między nimi. Podniosłem zmieloną kołdrę z podłogi i rzuciłem obok niej.
- Justin - Zadrżała wymawiając moje imię, jednocześnie zatrzymując w progu.
- Tak? - Nie odkręciłem się, tylko gapiłem w ciemny korytarz.
- Dziękuje.
Choć tego nie chciałem, coś mną tknęło bym się obrócił, mimo, że zamiarem moim było zostawieniem jej samej.
Przeczołgała się na koniec materacu, wstając na kolana. Odruchowo zrobiłem krok do przodu, aby uniemożliwić potyczkę. I dopiero teraz spojrzałem na jej ubiór. Boże, jak zajebiście wyglądała w rozciągniętym, starym, granatowym T-shircie.
Złapała mnie za nadgarstek i o dziwo przytuliła, także czułem ciepłe powietrze, wydobywane przez nią na gołym torsie. Tak, sypiałem bez koszulki. To mój dom, a na jej wzgląd, niczego nie muszę zmieniać.
- Przepraszam - Rzekła już opanowanym głosem, lecz nie słyszałem ani grama szczerości.
Jednakże, pogłaskałem po spiętych włosach w koński ogon i wyszedłem przymykając drzwi.
Będąc w swoich czterech ścianach, pierwsze co zrobiłem, to spojrzałem na elektroniczny zegarek. Wierząc mu, ukazywał godzinę dwadzieścia po trzeciej nad ranem.
Cała akcja w godzinę szatana, pomyślałem okrywając ciało materiałem.
********************************************
Więc... Witam w pierwszym rozdziale :) Wiem wiem, rozdział nie jest interesujący, czy z akcją, ale chodziło mi bardziej o zapoznanie bohaterów -> druga część -> miód malina *.*
Zdradzę wam coś:
1. Jest to moje ulubione, stare ff, pisane po dużej korekcie
2. Na początku główną bohaterką opowiadania miała być Ariana Grande, ale wiedząc co będzie później, wiedziałam, iż Ari tu nie pasuję, więc automatycznie przeskoczyłam na Madison Beer a z niej na aktualną postać, Barbarę Palvin -> Myślę nad Lily Collins
trailer
Dziękuje osobą które dotrwały do końca!!!
CZYTASZ = KOMENTUJESZ
Cudeńko <3<3
OdpowiedzUsuńSuper super super *0* Nie mogę sie doczekać kolejnego rozdziału :)
OdpowiedzUsuńBłagam daj jeszcze w tym tygodniu nowy rozdział! I zostań przy Palvin!
OdpowiedzUsuń<3
Świetny! Czekam na następny z niecierpliwością! 💓💓💓
OdpowiedzUsuńJak na pierwszy rozdział jest świetnie! xoxo
OdpowiedzUsuń